
.
Zaraz po II wojnie światowej na Ziemie Odzyskane przyjeżdżali Polacy ze wszystkich stron dawnej Polski i Europy. Jednym z takich nowych osadników był pan Anatol Awerkowicz, który osiadł w Wałbrzychu i podjął pracę w miejscowym Zarządzie Miejskim. Szybko stał się lokalną sensacją, a to ze względu na łudzące podobieństwo do nieżyjącego już wodza III Rzeszy Adolfa Hitlera.
O perypetiach jakie w czasie okupacji przeszedł, z tego powodu, pan Awerkowicz napisał w numerze 195 z 19 lipca 1947 roku „Dziennik Zachodni”.
Poniżej publikujemy w całości ten artykuł.
(G. Woj.)
W a ł b r z y c h .
Referent budżetowy Wydziału Finansowego Zarządu Miejskiego w Wałbrzychu Anatol Awerkowicz do złudzenia przypomina swym wyglądem zewnętrznym Hitlera. Z powodu swego podobieństwa do „führera” p. Awerkowicz niejednokrotnie znajdował się w tarapatach, z których zazwyczaj udawało mu się wychodzić obronną ręką.
W okresie okupacji Awerkowicz mieszkał przez krótki czas w Chełmie. W 1943 r., gdy armia niemiecka pod naporem wojsk radzieckich zaczęła gwałtownie cofać się na zachód, rozeszły się w Chełmie pogłoski, jakoby do miasta przybył Hitler, aby osobiście rozprawić się z niezbyt przedsiębiorczymi generałami. Wspominano nawet o rozstrzelaniu na rozkaz Hitlera kilku wyższych oficerów niemieckich.
Powodem tych pogłosek było pojawienie się na ulicach Chełma p. Awerkowicza. Wiadomość, że Hitler znajduje się w mieście, wywołała prawdziwą panikę wśród wojskowych niemieckich.
Żołnierze, a nawet wyżsi oficerowie, na widok spokojnie spacerującego Awerkowicza ogarnięci strachem prężyli się służbiście, wyrażając głośno podziw dla odwagi „führera”, który w kraju nieprzyjacielskim ubrany po cywilnemu, bez asysty pokazywał się na ulicy. Prześladowany hołdami, składanymi mu przez przerażone żołdactwo i cywilnych Niemców, Awerkowicz w obawie przed przykrymi następstwami często zmuszony był ukrywać się w sieniach lub podwórzach domów, albo też przemykać się chyłkiem do swego mieszkania. Niejednokrotnie wychodziło na jaw, że rzekomym Hitlerem jest Polak i często też znajdował się p. Awerkowicz w przykrych sytuacjach.
.

W Lubomli „giebietskomissar“ Udhe, rozwścieczony z powodu niezwykłego podobieństwa Polaka do Hitlera, co w pierwszej chwili nabawiło dygnitarza hitlerowskiego porządnego strachu, polecił odprowadzić Awerkowicza do swego gabinetu służbowego, gdzie w obecności innych dygnitarzy własnoręcznie namydlił twarz do prowadzonego, zgolił mu charakterystyczne wąsiki. W czynnościach tych pomagali swemu przełożonemu czterej jego adiutanci. Jakkolwiek brak wąsików spowodował pewną zmianę w powierzchowności delikwenta, podobieństwo do „führera” nie znikło jednak całkowicie.
Zawiedzeni hitlerowcy wybili Awerkowiczowi górne zęby i poturbowali go dotkliwie. Dopiero wówczas oprawcy doszli do przekonania, że podobieństwo całkowicie zniknęło, wobec czego zwolnili swą ofiarę. Na intencję swego „bohaterskiego“ czynu hitlerowcy urządzili obfitą libację u komisarza Udhe, strzelając z uciechy z pistoletów. Spowodowało to całkowite podziurawienie sufitu. Zamieszkały w tymże domu burmistrz Lubomli, Ukrainiec Klokoczuk ze strachu przed strzelaniną dostał udaru serca i zmarł.
Jeszcze większe kłopoty sprawił Niemcom p, Awerkowicz, współpracując z oddziałami partyzanckimi. Przebrany w niemiecki mundur wyruszał piękną limuzyną w bliższe i dalsze okolice. Niejednokrotnie na polnych drogach zatrzymywał niemieckie samochody, wiozące broń i amunicję. Zaskoczeni nagłym pojawieniem się rzekomego „führera“ Niemcy drętwieli ze strachu i nie potrafili już stawiać oporu, gdy asysta „wodza“, którą stanowili oczywiście partyzanci, atakowała ich i rozbrajała.
Po wyzwoleniu jeden dyrektor teatru spotkawszy p. Awerkowicza i zaznajomiwszy się z nim, widząc niezwykłe podobieństwo do Hitlera, zaproponował mu engagement do teatru, lecz Awerkowicz kategorycznie odrzucił tę ofertę mimo, że proponowane mu honorarium wynosiło 100,000 zł. i że ów dyrektor dawał poza tym zapewnienie zabezpieczenia bytu materialnego sobowtórowi Hitlera.
Obecnie, jako referent Zarządu Miejskiego p. Awerkowicz w zetknięciu się z interesantami ma również często niezbyt miłe chwile, gdy wspomina się o jego podobieństwie do największego zbrodniarza świata, lecz drobne te incydenty nie mają większego wpływu na pogodne usposobienie tego dzielnego urzędnika
„Dziennik Zachodni” nr 195 z 19 lipca 1947 r.
.
Czy wałbrzyszanin pan Antoni Hyczka był dowódcą Adolfa Hitlera?
Wspomnienia: Narodziny „Pioniera” pierwszego dziennika Dolnego Śląska

