Artykuły

Wrocław 1945 – Wspomnienia: Patos dni pierwszych

.

Mieczysław Kofta

.

Publikujemy, niezwykle barwnie i plastycznie napisane, wspomnienia jednego z wrocławskich pionierów Mieczysława Kofty, który przybył do Wrocławia w jednej z pierwszych grup przedstawicieli polskiej władzy.

Mieczysław Kofta urodził się w 1914 roku, był ojcem znanego polskiego satyryka Jonasza Kofty. Po przybyciu do Wrocławia zamieszkał wraz z żoną przy ul. Parkowej i pełnił funkcję przedstawiciela rządu do spraw kulturalnych ludności niemieckiej. Zajmował się również dziennikarstwem i począwszy od roku 1946 organizował pracę Polskiego Radia Wrocław, którego przez kilka miesięcy był nawet dyrektorem. Następnie przeniósł się do Łodzi.

Zmarł w Warszawie 16 stycznia 1985 r.

G. Woj.

.

Mieczysław Kofta.

 

Wspomnienia: Patos dni pierwszych

.

 

Męczące było to oczekiwanie. Męczące i nieprzyjemne. Ostatnie salwy „Katiusz“ rozświetlają niemieckie noce. „Latające twierdze“ zrzuciły pożegnalny ładunek. Padł już Berlin. Tylko zamknięty we Wrocławiu garnizon niemiecki w tępej i bezsilnej wściekłości niszczy miasto, nim je odda zwycięzcom. Codzienne dreptanie do gmachu „Feniksa”. Czy są jakieś wiadomości?    

Codzienna niecierpliwość i wstydliwa refleksja w drodze przez nabrzmiałe wiosną planty: „Pod Wrocławiem ktoś bije się za nas. Czekamy w arcyspokojnym Krakowie, aż zdobędą miasto dla nas. Jakież więc u diabła mamy prawo do niecierpliwości?“ Pierwsze wiadomości: Walki trwają. Pod miasto podjechać nie można. Dym. Gęsta chmura dymu. To wszystko. Ogarnia człowieka szewska pasja. Cały bezsens zniszczenia wojennego staje przed oczyma. W imię czego ginie to miasto? Przypomina się natrętnie idiotyczny tragizm śmierci Kaczyńskiego z remarque’owskiego  „Na Zachodzie bez zmian“ — zabłąkana kula, trafiająca już po zawieszeniu broni w serce człowieka, który przez długie lata frontowego życia codziennie oglądał śmierć. Dzikie pretensje do losu. Dlaczego właśnie Wrocław? Czy Warszawa nie wystarczała? Optymiści: „Pożary? Chmury dymu? Zniszczenie olbrzymieje w ustach tych, którzy go nie widzieli. Palą się tylko przedmieścia.” Pesymiści: „Właściwie nie mamy już po co jechać. Gruzy. Nic nie zostanie.“ Niektórzy wycofują się. Inni czekają. Wy jeszcze tu? — dziwią się złośliwie mieszczanie, przyrośnięci do Krakowa jak hubka do dębu. Zagryzamy wargi, żeby nie zakląć.

*    *    *

Arga ma sześć wielkich, pneumatycznych kół i pędzi po asfalcie z szybkością 60 km na godzinę za cofającą się falą brunatnego potopu. Zamknięto w niej wszystkie gatunki administracyjnej fauny. Są żubry z kancelaryj, lwy ze straży pożarnej, lisy od komunalnej polityki i uczone marabuty. Więc to była granica polsko-niemiecka? Daremnie wypatrujemy śladów inności po tej stronie. Rozczarowanie. Taki sam Śląsk jak pod Chorzowem i Sosnowcem. Autobus staje. Zmiana opony. Domki przy szosie nieufnie zasłoniły się okiennicami. Czujemy, jak przez szpary obserwują nas czyjeś oczy. Czy tu są Polacy? Gospodyni, gotująca nam mleko, mówi dobrze po polsku. Cała rodzina mówi. Z wyjątkiem najmłodszego „Hitlerjunge“, który siedzi naburmuszony na stołku, jak na niemieckim kazaniu. Pierwsze zetknięcie się z zagadnieniem rehabilitacji. „Dlaczego ta Świnia nie nauczyła dziecka po polsku “ — złości się jeden z nas, pozostawiając niedopitą szklankę mleka na stole. Mijamy Strzelce Wielkie. Soczysta zieleń kasztanów walczy beznadziejnie z różowym tłem zgliszczy. Zanurzamy się coraz głębiej w nowy kraj. A jednak w tym krajobrazie jest coś fantastycznie martwego. Szukamy źródła tego wrażenia: w krajobrazie brak człowieka. Miasta i wsie, które mijamy, są puste. Z otwartych okien kamienic wiatr wyciągnął firanki i trzepocze niemi jak sztandarami kapitulacji. Różnokolorowe wózki dziecięce stoją nad rowami. Ktoś liczy na głos porzucone rowery. Znikają resztki orbisowsko-cookowskiego nastroju. Coraz to więcej czarno-różowych plam pogorzelisk przesuwa się na taśmie horyzontu. Uśpiony natłokiem wrażeń niepokój odradza się i rośnie z każdym kilometrem. Czy jeszcze coś istnieje? Może jesteśmy już tylko delegacją na pogrzeb miasta? Kołami naszego autokaru obejmujemy w posiadanie autostradę.

Pierwsza duma. Nigdy nie sądziliśmy, że zwykły szeroki pas asfaltu wywołać może taki entuzjazm. Ktoś zauważył chmurę dymu na widnokręgu. Patrzymy wszyscy w tę stronę. Dym widać coraz wyraźniej. Wielki siwy grzyb wiszący w powietrzu.

To tam.

*   *   *

Stoję, wsparty na szabli, między szynami tramwajowymi. Szablisko jest stare, huzarskie, z przed pierwszej wojny. Na bruku błyszczą wśród rozsypanych pestek dyni „Żelazne Krzyże” i „Pour la merite“. Jak okiem sięgnąć nocniki, poduszki, „Mein Kampfy”, rozbite szkło i cylindry. Skąd oni nabrali tyle cylindrów? Oparta o zepsuty karabin maszynowy jaskrawi się modna, krótka parasolka. Jeszcze przedwczoraj walczono tu o każdy dom. Pod zieloną siatką leżą stosy granatów i pięści pancernych. Jak tu długo będziemy stać? Jesteśmy w mieście już od kilku godzin. Ale gdzie? Plany rozkładamy na kolanach. Tędy nie przejedziemy: Okopy. W tamtą stronę: zasieki i pola minowe. Polak z obozu pod miastem wyjaśnia nam szczegółowo sytuację. Siadamy w miękkich fotelach, ściągniętych z barykady, i opalamy się w oczekiwaniu na przewodników. Sąsiednia ulica wypalona doszczętnie. Ta, na której stoi nasz żółty autokar, właśnie płonie. Suchy trzask pękających belek, huk zrywających się stropów, szum rzeki, iskier wydmuchiwanej z setek okien, jak ze stu gąb połykaczy płomieni. Dom zajmuje się od domu. Na parterze sąsiedniej kamienicy stoi fortepian. Ktoś z naszych jest tam już — gra. Słuchamy na ulicy. Na różowym pokrowcu z pyłu, przylegającym do pudła fortepianu, wypisano grubym paluchem, chyba jeszcze wczoraj: Heil Hitler! Najdziwniejszy z koncertów urywa się nagle. Odjazd. Powoli posuwamy się w głąb miasta — szkieletu. Wiatr gna chmury ceglastoburego pyłu. Na frontonie wielkiego, wypalonego magazynu chwieje się szyld: „Zu vermieten“ — „do wynajęcia“. Pożary! Pożary! Skwer oplątany pajęczyną zerwanych przewodów. Jak wielkie muchy, wierzgając zabawnie nogami, tańczą pod harmonię żołnierze radzieccy. Ani jednego całego domu. Byliśmy przygotowani, a mimo to jesteśmy zaskoczeni. Unikamy wzajemnych spojrzeń. Rozłupane pociskami drzewa leżą na skwerach jak martwe wieloryby. Wiatr przyniósł trupi zaduch. Zatrzymujemy się. Jak okrążyć tę barykadę?

*     *    *

Sztab na ulicy Blüchera. Nasz sztab. Cywilny i niegeneralny. Tu posłyszeć można pierwsze uderzenia polskiego serca Wrocławia. Na wąskim, przeciętym rynsztokiem podwórku — dwa stoły. Kotły dymią pod ścianą. Kleisty upał sączy się w studnię podwórza. Roje much — czarne mgławice krążą nad głową. Trudno odpoczywać w cieniu much. Przez wąskie gardło bramy zawalonej pudłami aparatów radiowych i motocyklami przeciskamy się kilka razy na dzień. A jednak nigdy nie jedliśmy tak smacznych obiadów, jak w tej stołówce „Nad kanałem“. Spotykamy się tu w przelocie. Okazuje się, że wszyscy mamy rowery. Zajeżdżamy je do utraty tchu. Chcemy ogarnąć jak najwięcej, jak najszybciej wypełnić poruczone zadania. Biało-czerwone opaski ze stemplem

Zarządu Miasta udziesięciokrotniają się i ustokrotniają. Jest nas niespełna dwustu — kropla w 250-tysiącznym morzu niemieckim, a widać nas wszędzie i o każdej porze. „Słuszaj, pan! — mówi starszy sierżant Armii Czerwonej, stojący obok motocykla — zaczem u was awtomatów niet? Wied esesowców to jeszczo w gorodie mnogo “ Śmiejemy się. Jesteśmy dość pewni i bez automatów. Na straży naszego bezpieczeństwa stoi straszne dla wroga słowo. Słowo, które zabija na odległość: Zwycięstwo! Jak prąd wysokiego napięcia przenika ono każdego z nas. Biada temu, kto się nas dotknie. Wieczorem w sztabie na Blüchera odprawy, narady. Wymieniamy wrażenia. Tworzymy swój obraz miasta. A więc są dzielnice niezniszczone. A więc nie tylko same gruzy. Są również fabryki i laboratoria, biblioteki i szkoły. Każdy raport porzuca nowe, niedające się ocenić bogactwa. Rośnie w małym pokoiku na Blücherstrasse wizja przyszłego, Wspaniałego Wrocławia. Gorączkowo sumujemy spostrzeżenia. Jaki to jednak olbrzymi, mimo zniszczeń, kapitał zakładowy.

Plan pracy na jutro. Grupa ob. A.: rejon północno-zachodni, fabryki. Grupa naukowa: zabezpieczenie laboratoriów, bibliotek i muzeów. Raporty Spać! Już rozłożono na podłodze materace. Śpimy jak Bonaparte po wygranej bitwie.

*    *     *

Kiedy rozpoczną się rozstrzeliwania?“ —pytają stare niemki, marszcząc twarze w niewolniczym półuśmiechu. Wydawać by się mogło, że właśnie tej chwili wyczekują z upragnieniem. Gdy mówimy im, że nikogo rozstrzeliwać nie będziemy, patrzą na nas spode łba. Strach i niedowierzanie tai się w tych oczach. Na placykach przed szpitalami i koszarami w rozchełstanych koszulach siedzą żołnierze niemieccy: ranni i rekonwalescenci. Jest ich wiele tysięcy. Przynajmniej połowa — to symulanci, mający nadzieję uniknięcia obozu. Utuczone, błyszczące pyski obracają ku słońcu. Spod przymkniętych powiek padają pełne nienawiści spojrzenia na nasze białoczerwone opaski. Nagle zrywają się z leżaków, foteli i krzeseł i prężą się na baczność. Wypiąwszy do przodu suchą pierś idzie ulicą autentyczny niemiecki oficer. Salutuje. Gdy podnosi palce do daszka, widać czerwoną, wąską tasiemkę na rękawie. To tłumacz na usługach zwycięzców. Usługi. Wszelkiego rodzaju usługi ofiarują niemcy i niemki każdemu przechodniowi w biało-czerwonej opasce Wyścig serwilizmu. Autokanibalizm. Obrzydzenie ogarnia na widok tej masy „heroicznych obrońców praniemieckiego grodu“, jak ich tytułuje plakat wiszący jeszcze na murach. Oni już nie chodzą po ulicach. Pełzają! „Mówiłem, żeby mu to już dawno zrobić“— przygaduje fryzjer niemiecki, uderzając kijem od szczotki do zamiatania w portret „führera “. Teraz Hitler ma dwie wielkie dziury zamiast oczu. Fryzjer pragnie w ten sposób wyrazić swoją lojalność. Świadkowie tej sceny — niemcy patrzą przerażeni w sufit, nie chcą gorszyć oczu takim bluźnierstwem. Gdy zwracam ku nim głowę, natychmiast tępy uśmiech wypełza na mordy. Rano idą kolumny niemców do roboty. Pracują jeszcze dobrze. Za kilka dni, gdy zrozumieją, że w naszej kulturze zasady humanitarne nie są tylko pustymi frazesami, będą kpić z nas w żywe oczy. Jak obcy są nam ci ludzie Jak bliskie jest nam to miasto.

*   *    *

Czarna lśniąca kareta toczy się przez Mathiasstrasse. (Ktoś grubym drutem przywiązał do bocznych latarni białoczerwone postrzępione proporczyki.) Ciągną ją dwa krętonogie, siwe ukraińskie woły. Na przekór przysłowiu! Harmonia idealna. Wielka fala powrotna przewala się przez miasto. Wywiezieni do Niemiec na niewolniczą pracę powracają do domu; ludzie, konie, psy, krowy, rowery, wózki dziecięce, najdziwniejsze środki transportu. Idą bez przerwy, od świtu do zmierzchu. Wiozą bagaże. Wątłe, wysuszone kobiety dźwigają toboły niewiarogodnych rozmiarów. Pot strumieniami zalewa im oczy. Upał. Nie zważają na nic. Idą czarni od pyłu i brudu. Białe flagi, zwisające z okien niemieckich (znak poddania) przyprawiają ich o wściekłość. Wspomnienia. Wygrażają pięściami. Niejeden niemiec wrocławski dzisiaj jeszcze zaświadczyć może, że pięści mieli twarde. Wieczorem biwakują po klatkach schodowych w pustych mieszkaniach. Zamiłowania do wycieczek po magazynach z żywnością, odzieżą czy obuwiem nikt nie jest w stanie im wyperswadować. Czasami rozpalają ogniska na parkietach. Niedbale rzucają niedopałki po piwnicach („A niech się spali ta niemiecka zarazal“). Współczujemy im. Cieszymy się wspólnie z naszej i ich wolności. Ale codziennie zanosimy modły do wszystkich możliwych instancyj niebieskich i ziemskich, aby miasto od nich jak najrychlej oswobodziły. „Hej, pani“ — woła osobnik w poplamionym mundurze nieokreślonej barwy — „hej, pani gdzie tu Muzeum Zoologiczne?“ To maruder. Plaga naszych pierwszych dni. Postać, która wiele złego zrobiła. Rozumiemy jego przyrodnicze zamiłowania. W muzeum są preparaty. W preparatach — spirytus. „Ryby, tylko ryby — klaruje mi inny. — Spirytus z ryb jest najlepszy. Z wężów, bratiec ty mój, nie. Zapach nieładny. Ale innemu — wszystko jedno. I z noworodków piję, i ze ślepej kiszki pije, ze wszystkiego, Świnia, wypije tylko dużo…” Komendantura radziecka walczy z dżumą  maruderstwa jak tylko może. Ciężka praca. Burza wojenna ucichła dopiero przed chwilą. Czyż można się dziwić, że rozhukane fale biją jeszcze o brzeg?

*   *   *

Bierzemy miasto w posiadanie. Z godziny na godzinę rośnie świadomość panowania nad chaosem. Daje nam to poczucie siły i nowy impuls do dalszego działania. Stoimy z panią G. przed wielkim, ponurym gmachem z czerwonej cegły Biblioteka.

Cały! Otwieramy powoli ciężkie drzwi i wślizgujemy się do środka. Od kamiennej posadzki bije przyjemny chłód. Nie wierzymy oczom. W radosnym podnieceniu wbiegamy jak uczniaki na kamienne schody. Wszystko otwarte. Przez uchylone drzwi mignęło żelazne rusztowanie magazynu. Zdaje się nam przez chwilę, że półki wypełnione są książkami. Ale to przecież niemożliwe. Uprzedzono nas, że książki niemcy wywieźli. Wpadamy do magazynu. Są książki! Setki tysięcy książek. Gdy później na bramie wejściowej przyklejamy zadrukowany prostokąt kartonu z pieczęcią państwową, który opiewa, że gmach ten wraz z całą zawartością stanowi własność Rzeczypospolitej Polskiej, odczuwamy lekkie ściśnięcie gardła. Podobne uczucie ogarnąć musiało Pearry’ego, gdy po raz pierwszy w historii zatykał sztandar gwiaździsty na biegunie północnym. „Po raz pierwszy… od siedmiuset lat- w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. “ Wielkie słowa, które spospolitowały się i wyblakły, rzucone na żer codzienności. W owe dni jednak były one żywym ciałem historii. Bywały chwile, których patos przytłaczał nas. Ale to były tylko chwile. Przenigdy nie sprzedalibyśmy swego pierworództwa za żadną w świecie miskę soczewicy. Dumni byliśmy z tego pionierstwa jak pawie. Braliśmy miasto w posiadanie. W gorączce pożarów rodziła się miłość pierwszych Wrocławian do swego wybranego miasta. Rodził się rozmach twórczy przyszłych budowniczych i tęsknota za życiem na miarę szerokich wrocławskich bulwarów. Urzekł nas dynamizm tego miasta Otarliśmy się o wielkość To nie uchodzi bezkarnie.

*    *     *

Gdy rzucaliśmy pierwsze ziarna polskości w rozoraną do trzewi ziemię wrocławską, sceptycy uśmiechali się pobłażliwie. To nie było łatwe do przewidzenia, że w tym miejscu na Michaelisstrasse, gdzie krzewiły się bujnie pędy szerokolistnej dyni, w ciągu kilku miesięcy dzwonić będą tramwaje, że fabryka wagonów wykona w 100% wielki plan produkcyjny, że audytoria i pracownie Uniwersytetu i Politechniki wypełnią się młodzieżą ze wszystkich stron Polski, że w ciągu roku do nas dwustu doszlusuje jeszcze dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy rodaków. To nie było łatwe do przewidzenia. I myśmy tego przewidzieć nie mogli. Myśmy tylko wierzyli. Wierzyliśmy uparcie i twardo, że praca nasza musi dać wyniki. Wierzyliśmy w geniusz twórczy narodu polskiego i w to, że ziemia wrocławska z radością wchłonie nasz siew. W owych dniach byliśmy wzorem zespolenia  narodowego. Nikt nie pytał nikogo o to, do jakiej partii należy. Byliśmy zjednoczeni w entuzjazmie i wierze w trwałość i słuszność naszych poczynań. Porwał nas patos owych dni pierwszych jak rzeka burzliwa, wiosenna. I oto cud. który w sercach oczekiwaliśmy, ziścił się. Minął rok. Przyszedł maj pachnący nowym zwycięstwem Naszym zwycięstwem! Spójrzcie, wy, którzyście nie wierzyli: Wrocław kwitnie. Kwitnie białoczerwonymi sztandarami.

.

„Pionier”

.

Opowieści Grzegorza Wojciechowskiego: Jak wrocławianie obalili cesarza Wilhelma I

80 lat temu: Bolesław Drobner wyruszył do Wrocławia

Wrocław 1945. Wspomnienia: Przyjazd grupy naukowej do Wrocławia

75 rocznica kapitulacji stolicy III Rzeszy. W zdobytym Berlinie -wspomnienia

Opowieści Grzegorza Wojciechowskiego: Wielka ucieczka z Festung Breslau

Wrocław w lipcu 1945 roku

Inne z sekcji 

Opowieści Grzegorza Wojciechowskiego: Kryzys kubański czyli jak Chruszczow chciał wpuścić Kennedy’emu jeża w gacie.

Grzegorz Wojciechowski     Początek lat sześćdziesiątych XX wieku, powszechnie uważany jest za okres szczytowy „zimnej wojny”. Wówczas to doszło do dwóch niezwykle istotnych incydentów, najpierw w sierpniu 1961 roku, praktycznie w ciągu jednego dnia wyrósł w Berlinie mur, który odgrodził od siebie dwa światy. Rok później doszło do najbardziej dramatycznego incydentu jakim bez wątpienia był […]

Opowieści Grzegorza Wojciechowskiego: „Zakład” madame „Kitty” w służbie III Rzeszy

Budynek, przy ulicy Giesebrechtstrasse 11 w Berlinie . Grzegorz Wojciechowski .   Ten dom przetrwał wojenną zawieruchę i istnieje do dziś, mieści się przy  Giesebrechtstrasse 11 w berlińskiej dzielnicy Charlottenburg. Kamienica z początku XX wieku jest charakterystyczna dla budownictwa niemieckiego z tamtego okresu, wiele podobnych, a wręcz identycznych domów można na przykład spotkać i dziś […]