Artykuły

Wrocław, którego już nie ma. „Imię moje Kazimierz”

.

Dziś tej ulicy już nie ma, chociaż we Wrocławiu jest dalej ulica Ludwisarska, znajduje się ona na osiedlu Widawa i sąsiaduje z takimi ulicami jak Księgarska czy też Kominiarska. Kiedyś jednak, kilkadziesiąt lat temu istniała inna ulica Ludwisarska, która swoją nazwę nosiła od znajdującego się tam zakładu ludwisarskiego. Była ona położona na terenie dzisiejszych obiektów Politechniki Wrocławskiej w okolicach Wybrzeża Wyspiańskiego i ulicy Janiszewskiego. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zniknęła z map miasta, a tereny mieszczące się przy niej „pożarła” rozbudowująca się uczelnia.

Przed II wojną światową była to Schwalbendamm i już wówczas, bo od początku wieku XIX mieścił się tam zakład ludwisarski o nazwie „Schlesische Glockengießerei”, była to firma rodzinna z dużymi tradycjami, należąca do państwa Gaittnerów.

W czasie wielkiego kryzysu ekonomicznego jaki nawiedził świat, firma zaprzestała swojej działalności, nie otrzymywała bowiem zamówień. Dopiero w roku 1936, spadkobierczyni majątku Gaittnerów pani Elfriede Gaittner wyszła za mąż za byłego dyrektora tej firmy, z pochodzenia Polaka Emila Kozlowski.

Ze względu na polskie pochodzenie, teraz już pana Emila Kozłowskiego, małżeństwo uniknęło wysiedlenia i pozostało dalej we Wrocławiu, prowadząc ten stary rodzinny interes. Dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku zakład ponownie musiał zakończyć swoją działalność.

Publikowany poniżej tekst autorstwa pani Krystyny Nepomuckiej, zamieszczony w „Dzienniku Zachodnim”, jest bodajże jedynym poświęconym działalności zakładu państwa Kozłowskich.

Grzegorz Wojciechowski

.

 

(„Dziennik Zachodni” nr 110 z 1948 roku)

 

Krystyna Nepomucka

.

Legendy i rzeczywistość

.

Imię moje Kazimierz”

.

Zwiedzamy wrocławską odlewnię dzwonów

.

WROCŁAW, (a) W dniu upalnegoo lata, gdy wakacje miały się zacząć już za parę dni, jeszcze

trzeba było powtarzać znudzonym głosem zwrotki schillerowskiego wiersza o dzwonach biednego

grzesznika. Słowa nie trafiały do przekonania, treść rozumiało się w grubszych zarysach, a od zaśnięcia bronił nas jedynie surowy głoś nauczycielki, wymawiającej pewne zgłoskl charkotliwym zabawnym akcentem.

Od tamtego upalnego dnia, zamkniętego w jasnych ścianach klasy, odgradzającej nas od kwitnących za oknem kasztanów, przeszło wiele lat. Jednak legenda o dzwonach nieoczekiwanie pewnego dnia ożyła, nabrała pewnej realności, zapachniała kasztanami minionego lata i zaprowadziła na cichą uliczkę ludwisarzy, prawie nieznaną i zagubioną pośród wielkiego miasta Wrocławia.

Idąc brzegiem połyskującej wesołym błękitem Odry trzeba w miejscu, gdzie się rozwidla wąską

wysepkę skręcić w prawo. Minąć wielkie kompleksy budynków politechniki, później piękny i bardzo nowoczesny szpital dla dzieci i…nagle kończą się pod stopami szerokie asfalty jezdni, niknie odrzańskie nadbrzeże i wykwita wąska, ukryta wśród zieleni ogrodów, uliczka. Tutaj kończy się wiek dwudziesty a zaczyna średniowiecze. Przez lepką, rozkwitającą zieleń i sypiący okwiat pachnącej czeremchy przezierają zmurszałe sztachety niskiego parkanu i jakieś resztki

podmurowań z cegły, Wreszcie w murze niziutko, przy ziemi mała, z kutych żelaznych prętów furtka. Trzeba się dobrze schylić, aby przycisnąć wielką w kształcie liścia klamkę.

.

Kraina legendy

.

Od momentu kiedy zaskrzypią zawiasy u furty, zaczyna się legenda. Ożywa biedny grzesznik,

samowolny czeladnik i dzwony o najpiękniejszym dźwięku spiżowych serc i kościół Świętej

Magdaleny, dziś., niemo sterczący z wypalonych gruzów.

Długo się topił brona w tyglach wielkich na błękitno-czerwonych płomieniach ognia, w mrocznej

szopie, osnutej pajęczynami. Senna cisza z monotonnym pobrzękiwaniem much osiadła wokół wzrośniętych w ziemię zabudowań, Znużony nieustannym doglądaniem form i podglądaniem bulgocącego metalu, zapragnął właściciel pójść do domu na krótki odpoczynek. Czekał go jeszcze tego dnia najważniejszy, . długo oczekiwany moment odlania dzwonów. Trzech

pięknych dzwonów na wieżę kościoła Św. Magdaleny. Zostawił młodego czeladnika przy rozpalonym piecu, a sam poszedł na małą drzemkę. Chłopak usiadł na zydlu i czekał Wiosna pachniała wokół fioletem bzów, w cieniu których legli, zmęczeni pracą, czeladnicy. Chłopakowi wiosenny podmuch ciepłego wiatru nasuwał szalone myśli do głowy, zawodzenie wilgi podsycały pokusę czynu, który marzył mu się we wszystkie ranki, w kręgu gorących pieców i pod wilgotną gliną śpiących form.

Młodość była ufna w swoje siły, które można było tak łatwo teraz wypróbować. Nie było majstra, czeladnicy spali, upragniona chwila odlania dzwonów zbliżała się z sekundy na sekundę.

W momencie, kiedy metal czerwoną smugą wpływał do formy, kiedy wzruszenie, lęk i szczęście

stały się udziałem czeladnika, nadszedł majster. Gniew, przerażenie i rozpacz, że praca wielu żmudnych miesięcy poszła na marne przez samowolnego chłopaka spowodowały, że chwycił jakiś ciężki przedmiot, uderzył na oślep i zabił.

W mrocznych lochach karceru, oczekując na sąd, dowiedział się, że odlew udał się wspaniale, a dzwony mają najpiękniejszy, dotąd niespotykany głos. Kiedy prowadzono go na szafot, ostatnim życzeniem, jakie wyraził, była chęć usłyszenia głosu bijących dzwonów. Rozkołysane na wieży kościoła św. Magdaleny spiżowe serca biły po raz ostatni biednemu grzesznikowi.

Jeśli legenda jest prawdziwa i jeżeli powstała tutaj we Wratysławskiej odlewni, to działo się to

w roku 1523 w czasie, kiedy odlano dzwony dla kościoła św. Magdaleny.

Przyjacielskie poszczekiwanie niepewnie łaszącego się kundla każe zapomnieć o tamtych, poetycznych marzeniach. Jednak obrazek ze średniowiecza pozostał w konturach, tylko odeszły z niego tamte, legendarne postacie.

.

Średniowieczne metody produkcyjne

.

W bardzo starych szopach z poczerniałych bali, przez kwadratowe wyciosane w pułapie świetliki,

sączy się słoneczny odzień. Małe i duże formy dzwonów, oblepione ciemną glinką przypominają świąteczne baby. Pod ścianami leżą wzorce I jakieś tajemnicze narzędzia, woskowe szablony i ciemne kulki wilgotnawej glinki.

Dzwony odlewa się z brązu, który jest stopem miedzi i cyny. Mają one wtedy piękny głos. W

ubogich krajach odlewa się ze stali, a w Ameryce często ze szkła specjalnie hartowanego. Podobno głos ich jest najpiękniejszy. Dzwony wprowadziło do Europy- chrześcijaństwo w VI wieku. Sam sposób odlewania przyszedł z Chin, gdzie już na dwa tysiące lat przed Chrystusem znano tę sztukę. Do Polski pierwsze dzwony zawitały około X wieku. W samych początkach odlewnictwo było fachem wędrownym, Przed kościołem, który zamawiał dzwony stawiano piece i tak zwani ludwisarze dokonywali odlewu. Dopiero w XVI wieku zaczęto sobie obierać stałe miejsca.

Wrocławska odlewnia była jedną. Później dopiero powstały odlewnie w Krakowie i Poznaniu. Obecnie w całym kraju mamy cztery odlewnie i będzie im trudno odrobić straty wojenne w dzwonach, których zaledwie ocalało tysiąc. Podczas zawieruchy wojennej zaginęło ich kilkanaście tysięcy. Przy pełnej produkcji do dwu dzwonów rocznie straty mogą być nadrobione w ciągu 12 lat. Brak nam jednak cennego surowca, jakim jest cyna, którą sprowadzamy za ciężkie dolary do kraju.

Sposób produkcji niewiele się zmienił od czasów średniowiecza. Dlatego też wszelkie urządzenia i

mały niewielki zakład ukryty wśród zieleni jest jakby wycięty z bardzo starej książki z obrazkami.

Dzwony tutaj w nadodrzańskim prastarym zakładzie ludwisarskim odlewa się metodą woskowo-szablonową. Daną formę okłada się gliną, a na nią nalepia się wszelkie ozdoby i napisy z wosku. Ostatnią warstwę pokrywa się płaszczem ze specjalnej glinki, która jest tajemnicą każdej odlewni. Jest to mieszanka z szamotu, cegły tłuczonej, konopi, lepisza i włosków cielęcych. Każdy składnik ma specjalne zadanie do spełnienia.

Pod tę formę podkłada się ogień, aby wytopić wosk, a dopiero znacznie później wlewa się przez

koronę płynny metal. Dzieje się to w piecu poziomym w bardzo okopconej i zasnutej pajęczyną szopie, gdzie w tyglach z grafitu topi się metal.

W szopie kręcą się cicho robotnicy, czasami dźwięczą* młoty w izbie, gdzie kują się serca dzwonów albo buchają z jakichś czeluści płomyki niebieskawego ognia. W osobnym magazynie, gdzie panuje przyjemny chłód, stoją gotowe do wysyłki dzwony. Mają miłą barwę spiżu, misterne rzeźby oraz napisy głoszące, że „odlano mnie w śląskiej odlewni dzwonów” i że „imię moje Kazimierz”.

Krystyna Nepomucka

.

Wspomnienia: Narodziny „Pioniera” pierwszego dziennika Dolnego Śląska

Dolny Śląsk 1945: Więc to jest Jelenia Góra?

Wrocław 1945. Wspomnienia: Przyjazd grupy naukowej do Wrocławia

Wrocław 1945 – Wspomnienia: Patos dni pierwszych

80 lat temu: Bolesław Drobner wyruszył do Wrocławia

Wrocław w lipcu 1945 roku

Inne z sekcji 

Jak „Pionier” stal się „Słowem Polskim”

. Grzegorz Wojciechowski . W numerach 244 z 26 września 1946 roku oraz 245 i 246 „Pioniera” ukazała się informacja skierowana do czytelników dziennika o następującej treści: W związku z planowaną w najbliższym czasie zmiany  nazwy „Pioniera” ogłaszamy konkurs na jego nowy tytuł. Apelujemy do Was Czytelnicy o najliczniejszy udział w nim. Uczestniczyć w konkursie […]

Fraszki „Pioniera” (II)

. 27 sierpnia 1945 roku ukazał się w Legnicy pierwszy numer dziennika „Pionier” – pierwszej codziennej gazety Dolnego Śląska. Jego pierwsze 43 numery były redagowane i drukowane w mieście nad Kaczawą, dopiero 44 numer noszący datę 17 października ukazał się we Wrocławiu. Gazeta żyła życiem tworzącej się polskiej społeczności na Dolnym Śląsku, poruszała wszystkie ważne […]