
.
Niedawno minęła rocznica śmierci red. Leszka Millera, człowieka mi osobiście bardzo bliskiego, który namawiał mnie przed laty do pisania. Znaliśmy się ponad trzydzieści lat i zawsze szanowaliśmy się wzajemnie. Rok temu nie mogłem być na jego pogrzebie, przebywałem wówczas na kuracji w sanatorium w Kołobrzegu. Żałuję, że nie mogłem go wówczas pożegnać.
Dwa tygodnie temu, gdy byłem na Targach Dobrej Książki we Wrocławiu, wpadła mi w ręce książeczka „Zawód na minie” red. Romana Gomerskiego byłego wieloletniego dziennikarza „Słowa Polskiego”, odnalazłem w niej fragment poświęcony Leszkowi, uznałem, że warto go opublikować, co też czynię poniżej.
G. Woj.
.
Roman Gomerski
.
Pewne wydarzenie znalazło swój epilog przy klubowym stoliku. Zadzwonił do mnie prezes jakiejś spółdzielni z Kłodzka, prosząc o sprostowanie jego wypowiedzi w informacji Leszka Millera. Dziennikarz napisał, że spółdzielnia wytwarza buty na styropianie zamiast styrogumie. Wezwałem natychmiast Leszka, żeby sam posłuchał prezesa.
– Tak, tak, tak to jest, panie prezesie, jak się przekazuje informacje telefonicznie – dziennikarz prawie go rugał.
– Leszek, powiedz, kto do kogo dzwonił?
– Oczywiście, ja do prezesa.
Ręce mi opadły. Nasza praca bez możliwości uzyskania informacji przez telefon byłaby nie do pomyślenia. Należało więc dbać o niezrażanie informatorów. Wieczorem w klubie Leszek nie zauważył mojej obecności i głośno perorował o porannym wydarzeniu. Co nieco przekręcając jego treść.
– Gomerski to fajny chłop, ale na chemii to się on nie zna – puentował.
Do Leszka Millera miałem słabość. Nie mogło wszak być inaczej. Przyjaźniliśmy się od niepamiętnych czasów. Poznałem go w Złotoryi, gdzie mieszkał z rodzicami. Wiedziałem, że współpracuje z wrocławską rozgłośnia Polskiego Radia. On miał wtedy 18 lat, ja 20. Byłem już wówczas etatowym redaktorem „Gazety Robotniczej”. Jako starszy kolega zaproponowałem przejście na „ty”. Siedzieliśmy przy stole z rodzina Leszka, gdy w radiu zabrzmiał znajomy sygnał z Wrocławia.
– Proszę teraz nie rozmawiać. Będzie moja audycja – zapowiedział Leszek.
Czekamy, czekamy. Wreszcie jest.
– W powiecie złotoryjskim zakończyły się żniwa – obwieścił głos spikera, po czym przeszedł mdo omawiania innych spraw.
– Gdzie ta audycja – zwróciłem się do Leszka.
– To właśnie była audycja.
Śmialiśmy się z tego wielokrotnie. Podzieliłem się z nim informacją o powstaniu pisma w stolicy Karkonoszy. Nazywało się „Nowiny Jeleniogórskie”. Radziłem mu zapukać do jego redakcji. Leszek posłuchał mnie i pewien czas tam pracował. Kontaktu nigdy nie zerwaliśmy, choć Leszek odbył swoistą wędrówkę po redakcjach w kraju. Tak na fest złączyliśmy swoje zawodowe losy w „Słowie”. Kiedy zostałem zastępcą szefa w tym dzienniku, Leszek już od dłuższego czasu współpracował z nim. Namówiłem Zyzia Paprotnego, żeby dał mu etat.
Roman Gomerski, Zawód na minie, Wrocław 2010, s. 59-60.
.
Fragment sprawozdania red. Grzegorza Wojciechowskiego z podróży służbowej do San Escobar

